Podbeskidzie Bielsko-Biała. Wojciech Borecki: Trzeba nie być przy zdrowych zmysłach, żeby tak sądzić! [WYWIAD]

Stadion Miejski w Bielsku-Białej. Tę trawę już zdjęto

Stadion Miejski w Bielsku-Białej. Tę trawę już zdjęto (JAN KOWALSKI)

- Podanie sobie ręki z nowym trenerem oznacza zgodę na jakąś wizję. Na drogę, która ma podążać klub. To rzutuje na przyszłość wielu ludzi. Podpisując kontrakt, czuję wagę takiej decyzji - mówi Wojciech Borecki, prezes Podbeskidzia Bielsko-Biała.
Jesteś kibicem z Bielska-Białej? Dołącz do nas na fejsie! >>

Nie wyszło z Dariuszem Kubickim, więc w Podbeskidziu będą próbować z Robertem Podolińskim. O zmianie trenera, przeszklonych toaletach, wyjazdach do Kielc i nie tylko, rozmawiamy z prezesem klubu.

Wojciech Todur: Jak tak pan patrzy na tabelę ekstraklasy i widzi na ostatnim miejscu Lecha Poznań, to co pan myśli?

Wojciech Borecki: Za długo już siedzę w piłce, żeby mnie takie rzeczy dziwiły. To się zdarza także w innych, bogatszych i stabilniejszych ligach. Może nie aż tak spektakularnie, ale jednak.

Często dotyka to drużyn, które są zaangażowane w walkę na dwóch frontach, czyli w lidze i europejskich pucharach.

Sytuacja Lecha jest moim zdaniem konsekwencją spontanicznego podejścia do tematu. Po prostu latem uznali w Poznaniu, że po zdobyciu mistrzostwa Polski mają zespół, w którym nie ma co mieszać. Tymczasem, gdy chce się grać z powodzeniem w eliminacjach Ligi Mistrzów, to trzeba się solidnie wzmocnić. Tymczasem oni stracili Sadajewa, który był kluczowym graczem dla tej drużyny, a wzięli Thomallę, który miał być napastnikiem. Zupełnie bez sensu. Drużynę ogarnął jakiś marazm. Niemoc strzelecka. To było także widać w meczu z nami, gdy wywieźliśmy z Poznania trzy punkty.

Skoro nie dziwi pana ostatnie miejsce Lecha, to pewnie i nie zaskakuje fakt, że liderem jest Piast Gliwice. Pierwsze miejsce śląskiej drużyny może inspirować. No bo tak naprawdę co stoi na przeszkodzie, żeby taką metamorfozę przeszło w przyszłości Podbeskidzie?

- Podbeskidzie jest w trakcie metamorfozy. Podjęliśmy się jej świadomie po minionym sezonie, gdy postanowiliśmy zerwać z łatką najstarszej drużyny w lidze. Ta metamorfoza odbyłaby się w sposób bardziej przyjazny drużynie, gdyby nie kontuzje graczy, którzy mieli stanowić o jej sile. Nie możemy przecież liczyć na Koniecznego, Deję, Chmiela, Swobodę... Z powodu urazy wypadł też Jaroch, na którego bardzo liczyłem.

To za dużo. Podbeskidzie to dziś zespół, który jest w przebudowie. Piłkarze, których pozyskaliśmy latem, potrzebują czasu, żeby poczuć się w ekstraklasie pewniej i w konsekwencji decydować o obliczu drużyny.

Z tym zadaniem nie poradził sobie trener Dariusz Kubicki, którego zastąpił Robert Podoliński. Trudniej rozmawia się o warunkach rozstania z trenerem, czy może negocjuje warunki umowy z nowym szkoleniowcem?

- Obie sytuacje są nieprzyjemne i stresujące. Podpisując umowę z trenerem, nigdy nie zakładam przecież, że nie wyjdzie, że będziemy musieli się rozstać przed czasem. Sam byłem przez lata szkoleniowcem, więc wiem, że w tym zawodzie trzeba się kierować zdrowym rozsądkiem, cierpliwością i konsekwencją, a nie emocjami. Są jednak takie chwile, gdy trzeba powiedzieć "stop".

Tak było właśnie w przypadku trenera Kubickiego. Wierzyłem, że pod wodzą tego szkoleniowca Podbeskidzie będzie stawało się z meczu na mecz lepszą drużyną. Tymczasem tego progresu nie było. To była raczej podróż od ściany do ściany. Raz lepiej, raz gorzej. To było niepokojące i przesądziło o tym, że nasze drogi się rozeszły.

Teraz mamy nowego trenera, a moment, gdy podpisuje się z taką osobą kontrakt również nie jest łatwy. Podanie sobie ręki oznacza przecież zgodę na jakąś wizję. Na drogę, która ma podążać klub. To rzutuje na przyszłość wielu ludzi. Podpisując kontrakt, czuje się wagę takiej decyzji.

Pożegnanie starego trenera, to zazwyczaj dodatkowe obciążenie finansowe dla klubu. Trzeba przecież wywiązać się z warunków kontraktu, który się wcześniej podpisało. Zna pan wielu trenerów, którzy w takiej sytuacji rezygnują z należnych im pieniędzy?

- Nie będę mówił o nazwiskach, bo każdy przypadek jest inny. Moim zdaniem na przebieg takich rozmów duży wpływ mają cechy charakteru. Osoby dumne i niezależne zachowują się inaczej, niż te, które czują się - w ich mniemaniu skrzywdzone - czy też niepewne własnej wartości.

Najłatwiej zdecydowanie rozmawia się z trenerem, który coś tam ma już nagrane. Czeka na niego nowa praca, więc nie patrzy za bardzo za siebie, tylko rzuca się w wir nowych wyzwań.

W tym tygodniu informowaliśmy, że opóźnia się termin otwarcia całego stadionu w Bielsku-Białej. Irytuje to pana?

- Irytuje? Nie, a niby dlaczego? Przy takiej inwestycji pośpiech nie jest wskazany. To obiekt, który ma służyć przez długie lata tysiącom ludzi. Ma być funkcjonalny i bezpieczny. W czasie budowy pojawiało się szereg problemów, którym trzeba było zaradzić. Wprowadzano zmiany, poprawki. To z kolei wymagało kolejnych opinii, odbiorów. Na papierze można napisać wszystko. Określić datę otwarcia, a potem wyczekiwać na ten dzień. Życie ma jednak to do siebie, że jest nieprzewidywalne. Chcę otwarcia nowego stadionu tak, jak chyba każdy kibic. To podniesie zdecydowanie komfort śledzenia meczów. Drużyna też tylko na tym zyska. To jednak trzeba zrobić z głową. Nie ma co się spieszyć, żeby potem nie narażać się na wytykanie palcami z powodu niedoróbek.

Myśli pan o stadionowej toalecie, której wnętrze można było obejrzeć przez szybę?

- Chociażby. Nagłośnienie tej sprawy mnie zabolało i zirytowało. Ale nie dlatego, że taka szyba się tam znalazła, ale dlatego, że ktoś złośliwie tę sprawę rozdmuchał i nagłośnił. W chwili, gdy powstawało tamto zdjęcie na obiekcie trwały prace budowlane. Znikały ściany. Powiększaliśmy szatnie. To była czysta złośliwość! Trzeba nie być przy zdrowych zmysłach, żeby sądzić, że na stadionie w Bielsku-Białej będą przeszklone toalety.

Miejscy urzędnicy twierdzą, że obiekt może zostać otwarty jeszcze w tym roku. Może w listopadzie, a może w grudniu... Zdrowy rozsądek podpowiada jednak, że lepiej poczekać z tym do wiosny.

- Widzi pan... oficjalnie, z należną mu pompą, to rzeczywiście lepiej otworzyć stadion wiosną. Tyle że trybuny można udostępnić kibicom już wtedy, gdy będzie to możliwe. Jeżeli stanie się to jeszcze w tym roku, to nie ma co z tym czekać. Tak jak już mówiłem, komfort śledzenia sportowego widowiska tylko na tym zyska. Na siłę tego dnia odwlekać na pewno nie będziemy.

Przed Podbeskidziem wyjazdowe spotkanie w Kielcach, a patrząc na wasze wyniki w tym sezonie gra na obcym stadionie, to wcale nie przekleństwo.

- Niestety, na swoim stadionie jeszcze nie wygraliśmy, a na wyjeździe ta sztuka udała nam się dwa razy. Tyle że ja mam z meczami w Kielcach pewien problem. Męczą mnie złe wspomnienia. Ostatnio przegraliśmy tam wysoko. Pamiętam też dwa inne mecze, gdy prowadziliśmy dwoma bramkami, a też schodziliśmy z boiska pokonani. Kosztowało mnie to mnóstwo nerwów. Nie chcę tego przeżywać po raz kolejny. Dlatego do Kielc tym razem nie pojadę. Nie chcę zaszkodzić drużynie. Będę ściskał kciuki za zespół przed telewizorem.

Zobacz także
  • Mateusz Szczepaniak Ekstraklasa. Mateusz Szczepaniak, nowa gwiazda Podbeskidzia
  • Robert Podoliński Podbeskidzie Bielsko-Biała. Robert Podoliński marzył o tej pracy, już idąc do komunii
  • Stadion Podbeskidzia Bielsko-Biała Podbeskidzie Bielsko-Biała. Stadion gotowy, ale otwarcie się opóźnia
Skomentuj:
Podbeskidzie Bielsko-Biała. Wojciech Borecki: Trzeba nie być przy zdrowych zmysłach, żeby tak sądzić! [WYWIAD]
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX