Podbeskidzie Bielsko-Biała. Damian Chmiel: Musimy pokazać charakter [OBSZERNY WYWIAD]

Wiadomo, że chcemy się utrzymać. Mamy teraz w drużynie kilku naprawdę świetnych zawodników i musimy tylko udowodnić, że potrafimy grać w piłkę - zapewnia Damian Chmiel, piłkarz Podbeskidzia Bielsko-Biała.
Rozmowa z Damianem Chmielem

Paweł Przybyła: Źle rozpoczęliście rundę wiosenną. Udało się już zapomnieć o tym co stało się w Gdańsku?

Damian Chmiel: - Każda porażka, szczególnie tak wysoka, jak z Lechią boli [Podbeskidzie przegrało 0:5, przyp.red.], ale robimy teraz wszystko aby już o tym nie myśleć. Jak chyba wszyscy w Bielsku-Białej nie spodziewałem się aż tak czarnego scenariusza.

Trener Podoliński jednoznacznie mówi o dużym "udziale" sędziego w tym wyniku.

- Z mojej perspektywy karny dla nas był ewidentny, nie ma o czym mówić. Nad kartkami też można się zastanowić, one w dużej mierze ułatwiły Lechii zadanie. Faktem jednak jest, że nie możemy zrzucać odpowiedzialności na wszystkich wokół, tylko patrzeć na siebie. Popełnialiśmy w tym meczu straszne błędy i musimy - jako drużyna - wziąć za nie odpowiedzialność. Nie ma już co rozpamiętywać tego meczu, bez przerwy tłuczemy sobie sami o tym spotkaniu od tygodnia. Powinniśmy patrzeć w przyszłość a zostawić to co za nami. Musimy się odbić: potrzebne nam są zwycięstwa. Najpierw w najbliższym meczu z Lechem u siebie, a później z wszystkimi innymi drużynami. Nie możemy tracić dystansu do rywali, musimy jak najszybciej zacząć punktować u siebie.

Z Lechią mieliście grać z kontry, przynajmniej takie było założenie. Tymczasem nawet grając w pełnym składzie nie mieliście zbyt wielu okazji do strzelenia bramki. To chyba też problem, że zakładacie sobie coś, czego nie jesteście w stanie zrealizować?

- Wiadomo, że każda drużyna przed meczem ma swoje założenia. Rzeczywiście, mieliśmy wychodzić z szybkimi kontrami, ale brakowało nam dokładności przy wyprowadzaniu tych ataków. Kiedy była sytuacja do wyjścia z szybkim atakiem, a to wkradło się niecelne podanie, a to przeszkodziło boisko. Sądzę też, że zagraliśmy bardzo "nisko" [daleko od bramki rywali, przyp.red.]. Wtedy, przy wyjściu z kontrą, ma się do przebiegnięcia 60 metrów i jest ciężko. Po przejęciu piłki nie mieliśmy nikogo z przodu, do kogo można by było od razu szybko zagrać piłkę. Lechia grała bardzo wysoko i często mieliśmy w ogóle problemy z wymienieniem kilku szybkich podań, bo od razu do nas doskakiwali.

Trzeba się już teraz przestawić na ten "zbójecki" tryb gry w piłkę? Zawsze, kiedy utrzymywaliście się w lidze, słynęliście z waleczności i byliście postrachem wszystkich drużyn w ekstraklasie.

- Teraz mamy inną drużynę, ale znowu musimy pokazać charakter - to jest podstawa. On jest w nas i musimy go tylko z siebie wykrzesać. Jednak samym charakterem i ambicją meczu nie wygramy; musimy dołożyć coś konkretnego od siebie, pokazać nasze najlepsze, piłkarskie umiejętności. Mamy teraz kilku naprawdę świetnych zawodników i musimy tylko udowodnić, że potrafimy grać w piłkę. Do tego trzeba dołożyć kolektyw, pracę na boisku, bo same piłkarskie umiejętności też nie wystarczą. Wierzę w to, że jeżeli połączymy naszą chęć do walki i nasze umiejętności - wszystko wróci na właściwe tory.

Wyglądacie na dobrze przygotowanych fizycznie, sami mówicie, że czujecie się mocni. Chodzi tylko o psychiczne odblokowanie się?

- Myślę, że tak. Na obozie graliśmy z naprawdę ciekawymi przeciwnikami i wyglądało to nieźle. Przepracowaliśmy bardzo dobrze ten okres i to był jeden z najcięższych, zagranicznych obozów na jakich miałem okazję trenować. Ten pierwszy obóz, każda drużyna ma bardzo ciężki, ale kiedy jechało się zagranicę, zawsze było trochę lżej, a tymczasem my trenowaliśmy teraz bardzo ostro. A nie po to tak mocno pracowaliśmy, żeby teraz się mentalnie rozsypać. Trzeba się ocknąć i robić swoje.

Terminarz was nie rozpieszcza: Lechia, Lech i Wisła na inaugurację rundy wiosennej. Ma to dla was jakieś znaczenie?

- O tym, że tak się ułożył terminarz wiedzieliśmy od początku. Mamy świadomość z kim gramy; nie ma co tutaj ukrywać, że są to trudni rywale, ale w tej lidze nie ma słabych zespołów. Uważam, że Koroną czy Łęczną, rywalami z dołu tabeli, będzie tak samo ciężko. Nie zwracamy uwagi na to, jak układa się terminarz. Gra się z tym zespołem, który jest następny w kolejce - to normalne.

A może właśnie jest tak, że drużynie która nastawia się na grę z kontrataku, łatwiej będzie grało się z teoretycznie mocniejszym rywalem, umiejącym grać piłką? Wy będziecie mogli czekać na jego błędy.

Już pokazywaliśmy, że potrafimy wygrywać z tymi najlepszymi zespołami. Nie możemy patrzeć tylko na to, jak gra przeciwnik i liczyć, że popełni jakiś błąd i nie strzeli nam bramki. Musimy wygrywać. To nie jest tak, że remisy będą nas zadowalać - nic nam przecież nie dają. Jeżeli chcemy zdobywać punkty, musimy dawać coś od siebie w ofensywie i dbać o spokój w defensywie. A czy jest to Lech, Legia, czy jakikolwiek inny zespół, nie ma to dla nas najmniejszego znaczenia.

Wróćmy teraz do kontuzji, której nabawił się pan we wrześniu zeszłego roku w Poznaniu. Jak znosił pan okres absencji od piłki?

- To był bardzo trudny czas. Wolałbym nigdy nie mieć żadnej kontuzji, zawsze być z drużyną i trenować, ale to jest sport i nie jest to do końca możliwe. Każdemu, kto wypada z gry na dłuższy okres, ciężko jest powrócić do idealnej dyspozycji. Nie ma co ukrywać: każda kontuzja wiąże się z tym, że wypada się z formy i kiedy się wraca, niezwykle trudno jest się odbudować i wrócić do takiej samej, jak przed urazem. Znam wiele takich historii, że ktoś złapał wydaje się najlepszą formę w życiu, pracował na to długo i jak na złość, doznał kontuzji i wypadał z zespołu na dłuższy okres. To nie są przyjemne tematy, ale taka jest piłka: to sport kontaktowy i trzeba się liczyć z tym, że kontuzje się zdarzają.

Ja miałem akurat pecha, bo mój uraz był przypadkowy. W walce o piłkę ręką mi się podwinęła i w efekcie wyskoczył mi bark. Do końca będę już miał z nim problem, bo każda operacja to ingerencja w organizm. Wiem, że już nigdy nie będę czuł się w pełni swobodnie, ale jestem oczywiście gotowy do gry na sto procent, dam z siebie wszystko. Najgorsze - mam nadzieję - jest już za mną.

Trener się uśmiechał, że przed startem wiosennego grania to właśnie Damian Chmiel jest jednym z jego największych wzmocnień, bo prócz 30 minut w meczu ze Śląskiem, ostatnim spotkaniu rundy jesiennej, Robert Podoliński nie miał pana w pełni zdrowego do dyspozycji. Czuje się pan liderem, osobą która powinna wziąć teraz na swoje barki odpowiedzialność? Wszyscy czegoś od Chmiela oczekują.

- Oczekiwania są i będą, bo rzeczywiście kilka sezonów w Bielsku-Białej miałem naprawdę udanych. Wiem, że wszyscy na mnie liczą, ale nie może być tak, że wszystko zrzuci się na barki moje i kilku innych doświadczonych zawodników no i problem z głowy. Tworzymy zespół i każdy z nas musi na boiskusię postarać. Teraz mamy ciężki okres, bo zaczęliśmy od "piątki" w Gdańsku i wszyscy musimy się wziąć do roboty.

Występ w tamtym meczu ze Śląskiem był do końca bezpieczny? Był pan już w pełni sił?

- Chciałem się już pokazać na koniec roku, bo miałem olbrzymi głód piłki. Po długim okresie bez grania, musiałem wyjść na to boisko, po prostu musiałem. To była w dużej mierze moja decyzja, bo lekarze odradzali występ w tamtym meczu. Nie chciałem odpuścić i mimo, że wiązało się to z jakimś tam ryzykiem, wyszedłem na boisko.

Nie ma pan już trochę dosyć tego broniącego się rok za rokiem przed spadkiem Podbeskidzia?

- Nie będę owijał w bawełnę: jasne, to siedzi w głowie, bo mentalnie, psychicznie, człowiek ma już dość tej ciągłej "walki o przetrwanie" w ekstraklasie. Odkąd tutaj jestem, cały czas walczymy o utrzymanie i wiele razy byliśmy o włos od spadku. Patrząc obiektywnie na to, co działo się w klubie, na transfery itd., pojawiła się nadzieja, że już wreszcie będzie inaczej, że pójdziemy do przodu. Boisko jednak wszystko weryfikuje i znowu bronimy się przed degradacją. Nie wiemy gdzie będziemy po zakończeniu rozgrywek... W każdym razie jestem już zaprawiony w boju o utrzymanie.

Jest to jakiś atut w tej batalii, że tyle razy i z powodzeniem, broniliście się przed spadkiem?

- Wiadomo, że doświadczeniem można zdziałać dużo, ale nie możemy mówić, że jesteśmy zaprawieni w bojach i dzięki temu damy sobie radę. Każda seria kiedyś się kończy, nie ma drużyny która by cały czas wygrywała. Mam nadzieję, że wszystko skończy się dla nas dobrze, wygramy kilka spotkań z rzędu i będziemy spokojni o ligowy byt.

Jeszcze za trenera Ojrzyńskiego, pojawiły się nawet głosy, że ogląda pana selekcjoner Adam Nawałka.

- Media zawsze będą "pompowały" pewne sytuacje i kiedy ktoś strzeli pięć czy sześć bramek z rzędu, jest w dobrej dyspozycji, zaraz będą nadmuchiwały balonik z jego nazwiskiem... A ja robię cały czas to samo. Wiadomo, że pięknie byłoby, gdyby ta forma którą wtedy złapałem, trwała wiecznie. Jasne, miło było słyszeć, gdy ktoś pisał takie rzeczy i fajnie byłoby złapać jeszcze kiedyś taką formę, jak wtedy. 

Czy inny klub chciał pana ściągnąć?

- Jedynie oferta z Niecieczy była konkretna i leżała na stole. Ale nie chciałem zamieniać Podbeskidzia na Termalicę, bo nie miałbym z tego żadnych korzyści - pod każdym względem. Nawet wtedy, kiedy miałem bardzo dobre rundy, dziwiłem się, że nikt się nie zgłaszał, ale cóż - tak było. Krążyły jakieś pogłoski, ale nie pojawiły się żadne konkretne oferty. Jestem w Podbeskidziu, mam jeszcze półtora roku kontraktu i jestem z tego powodu bardzo zadowolony

Przed wami starcie z Lechem. Zwarci i gotowi?

- Na pewno nie przestraszymy się poznaniaków. Mamy plan na to spotkanie i w naszym interesie jest to, żeby go wypełnić. Jeżeli nie będziemy popełniać błędów, zagramy swoje, naprawdę możemy wygrać z Lechem. To jest drużyna jak każda inna i tak też podejdziemy do tego meczu.