GKS Tychy. Prezes niemowa. Czy pan naprawdę nie ma nic do powiedzenia? [KOMENTARZ]

Grzegorz Bednarski od miesiąca pełni obowiązki prezesa GKS-u Tychy. Nadzoruje budowę stadionu, zwalnia Tomasza Hajto, szuka pieniędzy na klub, ale przemówić nie chce.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas



Prezes klubu piłkarskiego jest jak jego twarz i wizytówka. Prezesami zostają ludzie, którzy kochają swój klub - wychowali się na jego meczach, jeździli na wyjazdy, a po porażkach lepiej się do nich nie zbliżać.

Do tej grupy - z prezesów pracujących w klubach w naszym regionie - spokojnie można zaliczyć Marcina Jaroszewskiego z Zagłębia Sosnowiec. Człowieka, który nawet na plecach ma pokaźnych rozmiarów tatuaż z napisem "Zagłębie Sosnowiec".

Są też prezesi, o których powiedzielibyśmy, że są przede wszystkim sprawnymi menedżerami. Rzecz jasna utożsamiają się z klubem, w którym pracują, trzęsą nimi emocje, ale swoje obowiązki traktują przede wszystkim zadaniowo.

Takim prezesem jest naszym zdaniem Zbigniew Waśkiewicz. Był prezesem Górnika Zabrze, teraz wprowadził do pierwszej ligi Rozwój Katowice. To człowiek, który przychodzi do pracy i zakasuje rękawy. Bez sentymentów. Bo chociaż Waśkiewicz to bardzo sympatyczny i rozmowy gość, to gdy zabiera się do realizacji zadania, jakie przed nim postawiono, jest przede wszystkim konkretny. Coś mogą o tym powiedzieć jego współpracownicy z czasów, gdy stał na czele Polskiego Związku Biathlonu. Bez trudu złapał wtedy za twarz rozgadane towarzystwo i wyprowadził związek na prostą.

Są też prezesi, którzy stanęli na czele klubu z przypadku, powiedzmy z nadania. Fotel ich uwiera, a nowe obowiązki raczej nudzą. Też takich znamy, ale to nie o nich jest ten tekst...

Niezależnie od tego, jakie mieli powody, żeby zostać prezesami, to oprócz realizacji celów, jakie przed nimi postawiono, powinni też być komunikatywni.

To nie są bowiem osoby, które klecą coś sobie w ciszy w przydomowym garażu. To są prezesi klubów. Klubów nierzadko z wielkimi tradycjami. Z oddanymi kibicami. Z ambicjami, które daleko wykraczają poza nasz region.

Oni też muszą mieć w sobie te ambicje. Zarażać nimi innych. Potrafić o nich mówić... Nie wszyscy o tym pamiętają. Takim prezesem, który nie lubił mówić, była Katarzyna Sobstyl z Ruchu Chorzów.

Mówiła mało albo wcale. Pewnie obawiała się, że ktoś zapyta ją, na czym polega spalony. A przecież miała o czym mówić. Świetnie znała się na finansach. To ona walczyła skutecznie z wielomilionowym długiem niebieskich. To ona wprowadziła klub z Cichej na giełdę. To ona firmowała awans Ruchu do ekstraklasy.

Mówić jednak nie chciała. Z tego obowiązku wyręczał ją Dariusz Smagorowicz - wtedy przewodniczący rady nadzorczej spółki. Człowiek, który miał rozliczać kierujących klubem, w pewnym momencie sam tę władzę sprawował, a na pewno kreował. Sobstyl, gdy już pożegnała się z Ruchem, przyznała, że to jej milczenie było błędem.

Błędem, który teraz popełnia nowy prezes na Śląsku, czyli Grzegorz Bednarski. Tak z boku to nam się wydaje, że to wymarzony prezes GKS-u. Nie dość, że kibic tego klubu, to jeszcze sprawny menedżer. Nie możemy jednak być do końca tego pewni, bo pan prezes zaniemówił.

Może się mylimy. Może coś nam umknęło. Ale naszym zdaniem od powołania go na stanowisko nie powiedział publicznie nic. Nawet zdawkowego "Dziękuję za zaufanie". A przecież miałby o czym mówić.

Pytania można mnożyć... O stadion, o zwolnienie Tomasza Hajto, o źródła finansowania klubu i stadionu, o pomysły na GKS po spadku do drugiej ligi, o frekwencje na nowym stadionie, o obronę złota w hokeju, a także o tak lubianą przez prezesa koszykówkę.

Ale prezes milczy. Nawet zapytaliśmy o to wymowne milczenie prezydenta Tychów Andrzeja Dziubę. Obawialiśmy się bowiem, że prezes nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Prezydent zapewnił nas, że prezes po prostu jest bardzo zapracowany. I już jesteśmy spokojniejsi.

Prosimy jednak, żeby prezes Bednarski nie zapominał, że kibice też chcą czasami usłyszeć, co zapracowany sternik ich ukochanego klubu ma do powiedzenia. Warto uczyć się na błędach - także innych.