Sport.pl

Krzesło Jerzego Wyrobka stało się w Zagłębiu Sosnowiec relikwią

- Gdy przyszedłem do klubu, to powiedziałem, że nie usiądę na nim do chwili, aż nie wprowadzę Zagłębia do pierwszej ligi. To krzesło należało do Jerzego Wyrobka. Trenera dla którego miałem i mam olbrzymi szacunek - mówił Mirosław Smyła, trener drugoligowca.
Jesteś kibicem z Zagłębia? Dołącz do nas na Fejsie! >>

Zagłębie Sosnowiec na pewno nie gra tej jesieni na miarę oczekiwań, ale wciąż liczy się w walce o awans do pierwszej ligi. Na razie zespół ze Stadionu Ludowego jest szósty, a do lidera - Rozwoju Katowice - traci sześć punktów.

Wojciech Todur: Wprowadzi Pan Zagłębie Sosnowiec do pierwszej ligi?

Mirosław Smyła: Myślę, że jest jeden trener, który na tego typu pytania odpowiada bez zająknięcia "tak". Myślę o Mourinho. Ale nie jestem tego typu człowiekiem. Dlatego odpowiem, że bardzo tego chcę, bardzo w to wierzę, ale nie wiem. Nie wiem co się wydarzy. Wszyscy pracujemy w klubie na to, żeby tak się właśnie stało. Trochę na przekór wielu osobom, które w nas nie wierzą. Czasami z nas szydzą. Wytykają, że jesteśmy słabi.

Tak, czasami jesteśmy słabi. Tak, czasami zawodzimy. Tak, czasami zasługujemy na krytykę. Ale cały czas pracujemy, żeby takich chwil słabości było jak najmniej. Wierzę, że to co rodzi się w takich bólach musi być piękne i szczęśliwe.

A czego wam brakuje najbardziej, żeby "to" się w końcu urodziło?

Stabilizacji! To jest kluczowe słowo, które towarzyszy naszym poczynaniom od początku rundy. Bo z Zagłębiem to jest tej jesieni tak, że w jednym tygodniu zachwyca, a w drugim... No były takie tygodnie, że uszy więdły od krytyki kibiców. Gorzej, że nawet w czasie jednego meczu zdarzają nam się takie wahnięcia formy. Jedna połowa fenomenalna, druga słaba. Tłumaczę sobie to tym, że jednak latem, gdy budowaliśmy ten zespół, dostaliśmy różny materiał. Piłkarzy o różnym stopniu wytrenowania, brakach, ale i atutach. Zimą to naprawimy, wyrównamy. Postaramy się jeszcze poprawić motorykę. Tak, żeby stabilizacja także była naszym atutem.

Proszę spojrzeć na nasz ostatni mecz ze Stalą Mielec (4:0). To było bardzo dobre spotkanie z wymagającym rywalem. Na inaugurację rundy też pokonaliśmy ich wysoko (4:1). Wtedy jednak więcej było w tym przypadku. To także pokazuje, że ten zespół się rozwija, że jest na dobrej drodze. Wyboistej, ale dobrej.

Ma Pan jeszcze w szatni krzesło na którym nie siada?

Oczywiście. Patrzę teraz na nie... Gdy przyszedłem do klubu, to powiedziałem, że nie usiądę na nim do chwili, aż nie wprowadzę Zagłębia do pierwszej ligi. To krzesło należało do Jerzego Wyrobka. Trenera dla którego miałem i mam olbrzymi szacunek. Jeszcze nic wielkiego nie dokonałem, żebym mógł usiąść na jego krześle.

Ale inni to pewnie siadają?

A gdzie tam! Nikt nie siada. Każdy tego pilnuje. Czasami zdarzy się, że ktoś nas odwiedzi i zapędzi się w kierunku tego krzesła. Powstrzymuję takiego delikwenta, a jak mnie nie ma to robią to moi asystenci.

Wtedy przynosi się takiej osobie krzesło z innego pokoju. Wszyscy o tym pamiętamy.

Z boku wyglądacie na fajną grupę. To widać szczególnie w chwilach, gdy zespół razem ze sztabem trenerskim cieszy się po zdobytych golach.

Bo tak jest, i to nie jest na pokaz. Są szatnie, w których padają słowa "walczymy", "razem", "do końca". Ale to są tylko słowo, za którym niewiele się kryje. W szatni Zagłębia te słowa znaczą to co powinny.

Płyną z serca i z głębokim przekonaniem. Także dlatego wierzę, że na koniec sezonu będziemy się cieszyć z awansu.

Więcej o: