Uciekł z Polski i zabrał fotkę z kangurem

W latach 80. zeszłego wieku strzelanie goli wybijał z głowy najsłynniejszym niemieckim napastnikom Rudiemu Voellerowi i Juergenowi Klinsmannowi. W oczach polskich władz Roman Geszlecht był już jednak tylko zdrajcą.
Komunikat Polskiej Agencji Prasowej z 14 kwietnia 1982 roku: "Skandalicznym wybrykiem dwóch zawodników zakończył się pobyt młodzieżowej reprezentacji Polski w Londynie. Roman Geszlecht i Wenanty Fuhl zostali złapani na kradzieży w domu towarowym i skazani na przyspieszonej rozprawie sądowej na kary grzywny. (...). Ten skandaliczny wybryk młodych sportowców znalazł nieoczekiwany finał tuż po zakończeniu rozprawy, na której przedstawiciel konsulatu PRL uiścił za piłkarzy zasądzone koszty. Piłkarze indagowani po wyjściu z sali rozpraw przez oficera policji oświadczyli, że proszą władze brytyjskie o... azyl polityczny".

21-letni wówczas Geszlecht był piłkarzem Zagłębia Sosnowiec, o rok starszy Fuhl grał w Szombierkach Bytom. - To był kawał dobrego stopera. Bardzo inteligentny gracz. Świetnie się ustawiał, czytał grę. Wysoki, więc w grze głową mało kto mógł się z nim równać. Mógł być podporą reprezentacji na długie lata. Młokos był w szerokiej kadrze na mundial w Hiszpanii, do Meksyku pojechałby już na pewno - mówi o Geszlechcie trener Andrzej Strejlau, który tak bardzo chciał go mieć w Zagłębiu, że w sprawie transferu jeździł nawet do Dąbrowskiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego.



Geszlecht urodził się w domu, gdzie sport był sposobem na życie. Mama Małgorzata była piłkarką ręczną, ojciec Jerzy - piłkarzem GKS-u Katowice.

- W dużym pokoju boisko mieliśmy między fotelem, wersalką i meblościanką. Tata zabierał mnie też do klubu, a tam kopałem sobie piłkę z Gerardem Rotherem lub z Janem Wrażym. Strzelałem gole Piotrowi Czai! Do Rothera nie mówię inaczej, jak "wujek" - wspomina Geszlecht.

66-letni dziś Rother, który przeszedł do historii katowickiego klubu dzięki bramce strzelonej na Camp Nou słynnej Barcelonie, pamięta czasy, gdy nosił Romka na barana. - Nasze rodziny przyjaźnią się do dziś. Przecież Jurek to ojciec chrzestny mojej córki - mówi.

Geszlecht marzył o grze w Ruchu, ale z ulicy Lompy - gdzie mieszkał - najbliżej było na stadion Chorzowianki. Tam spotkał Alojzego Gasza, byłego piłkarza niebieskich, który był wtedy trenerem grup młodzieżowych. - Mieliśmy wtedy bardzo mocną pakę. Mirek Bąk, Janusz Jojko - to był świetny rocznik. Trener Gasz był jednak najważniejszy. Pracował z taką pasją, że uwierzyłem mu, że i ja mogę być piłkarzem - wspomina.

Geszlecht trafił do kadry Śląska, a potem do młodzieżowych reprezentacji Polski. To oczywiście nie uszło uwadze śląskich klubów. Szczególnie GKS-owi Katowice, który dodatkowo miał sojusznika w ojcu piłkarza.

- Mało kto o tym wie, ale ja już kontrakt z GKS-em podpisałem! Katowiczanie mieli wtedy słaby sezon, a ja się pospieszyłem. Latem 1980 roku spadli z ligi i wtedy do gry weszło Zagłębie - wyjaśnia.

Rother: - Do dziś mu wypominam, że nie zagrał dla "Gieksy" jak ojciec. Wybrał Zagłębie. Cóż, liga to zawsze liga.

Papierosy - nie, pączki - tak

Sekretarzem klubu z Sosnowca był wtedy Krzysztof Smulski. - Zagłębie nie było już tak mocne organizacyjnie jak w latach 70. Pozyskanie Geszlechta był ostatnim transferowym sukcesem klubu - przypomina.

Na jego transfer uparł się Strejlau, który razem z Eugeniuszem Szmidtem, kierownikiem klubu, stoczył o piłkarza prawdziwy bój z Marianem Dziurowiczem z GKS-u.

Działacze Zagłębia byli tak szczęśliwi z transferu, że gdy do Sosnowca przyjechał na mecz Ruch, urządzili małą prowokację. - Przed spotkaniem Zagłębie podziękowało Chorzowowi za to, że wychowało takiego piłkarza. Trener Gasz wyszedł na środek boiska i dostał kwiaty. Ślązacy patrzyli na mnie spode łba, a ja zastanawiałem się, jak wrócę do domu - uśmiecha się Geszlecht. Wrócił spokojnie, bo Ruch wygrał 1:0.

Jak piłkarze Zagłębia zapamiętali Geszlechta? - Mówiliśmy na niego "Romuś". Spokojny, cichy. Dziś powiedzielibyśmy - pełną gębą profesjonalista - mówi Janusz Koterwa, który rozegrał w barwach Zagłębia 240 meczów w ekstraklasie.

- Zero używek, zero piwa. To był cały "Romuś". Słabość to on miał tylko do pączków - śmieje się Jerzy Dworczyk, przed laty znakomity napastnik, a dziś skaut Zagłębia. - Do dziś nie miałem papierosa w ustach. Alkohol też długo był tabu. Pierwsze piwo wypiłem w Niemczech. Miałem wtedy... 27 lat. A pączki? Słodycze lubię do dziś - śmieje się Geszlecht.

To nie mógł być Romek!

Wielu widziało wtedy w Geszlechcie piłkarza na miarę Romana Bazana - innego chorzowianina, przez lata podporę defensywy klubu z Sosnowca, który do jest rekordzistą Zagłębia pod względem występów w ekstraklasie (304). Geszlecht wyróżniał się nie tylko grą, ale i zamiłowaniem do nauki. - Już wtedy płynnie mówił po angielsku. Wydaje mi się, że nauka była dla niego zawsze ważniejsza niż piłka - mówi Strejlau. - Długo tak było. Podpisując kontrakt z Zagłębiem, obiecano mi, że klub załatwi mi indywidualny tok studiów na katowickiej AWF. Skończyło się na słowach - macha ręką piłkarz.

Nauka zeszła na dalszy plan, gdy Geszlecht trafił do młodzieżowej reprezentacji Polski. - Wtedy poczułem, że to ganianie za piłką ma naprawdę sens - mówi.

W kadrze miał za kolegów tej klasy piłkarzy, co Dariusz Dziekanowski, Ryszard Tarasiewicz czy Jan Urban, z którymi awansował w 1981 roku na mistrzostwa świata do lat 20 w Australii. - Typowano nas do złota, a zatrzymaliśmy się na... Katarze. Straciliśmy kuriozalną bramkę. Józef Wandzik nastrzelił kogoś piłką i sam się przelobował. Rywal raz przeszedł połowę i wygrał 1:0. Turniej był dla nas olbrzymim rozczarowaniem, ale Geszlecht zebrał dobre recenzje - wspomina Piotr Rzepka, wtedy obrońca, a dziś trener Odry Opole.

Geszlecht w nagrodę dostał powołanie do seniorskiej reprezentacji trenera Antoniego Piechniczka, który montował drużynę na mistrzostwa świata w Hiszpanii. - Moje pierwsze dorosłe zgrupowanie kadry odbyło w Wiśle, tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. Potem pojechaliśmy do Włoch i zlaliśmy jakichś amatorów - mówi.

Piechniczek: - Geszlecht? Miał chłopak serce i intuicję do gry w obronie. Dopiero dobijał się kadry. Nie takich grajków zostawiłem w domu przed mundialem, że wspomnę Dziekanowskiego czy Okońskiego.

W pierwszej reprezentacji stoper z Chorzowa rozegrał cztery mecze podczas zgrupowania w Japonii zimą 1981 roku. - Oficjalnym reprezentantem Polski stałem się dopiero po latach dzięki decyzji FIFA. Gdy w Azji wybiegałem na boisko, to były tylko sparingi - wyjaśnia.

Geszlecht cały czas był podporą młodzieżówki, która wiosną 1982 roku pojechała na mecz do Anglii. Ten wyjazd zaważył na jego życiu.

- Gdy usłyszałem, że Romek jest posądzony o kradzież, to pomyślałem, że to żart. Każdy, tylko nie on - kręci głową Jerzy Lula, dyrektor Zagłębia, dawny kolega z boiska. - Myśleliśmy, że to może jakaś prowokacja? - dodaje Smulski. - Wie pan, to byli młodzi chłopcy. Zobaczyli wielki świat i im się zakręciło w głowie. Mogli wziąć... - wzdycha Strejlau.

- Pierwsza reakcja? Olbrzymie zdziwienie. To nie mógł być Romek! Wtedy wielu chłopaków zostawało na Zachodzie. Pomyśleliśmy, że władza po prostu dorabia im gębę - dodaje Rzepka, który wtedy nie pojechał do Anglii, bo się rozchorował.

- Romek niechętnie wraca do tej sprawy. Ostatni raz byłem u niego trzy lata temu. On tego głośno nie powie, ale ma żal do. no, przecież pan wie, kto z nim wtedy był w sklepie. On niczego nie ukradł! - podkreśla Rother.

Pół roku w Londynie

"Jak wynika z materiałów policji obaj piłkarze zostali zatrzymani na kradzieży w Domu Towarowym "Marksa i Spencera" przez detektywów sklepowych, a następnie aresztowani przez policję. W przedświąteczną sobotę odbyła się rozprawa w trybie przyspieszonym przed sądem magistrackim Marlborough Street. Piłkarze, którzy oświadczyli przed sądem, że są reprezentantami kraju, zostali przywołani do porządku przez sędziego, który stwierdził, że są po prostu złodziejaszkami" - informowała depesza PAP-u.

Tygodnik "Piłka nożna" pisał, że piłkarze zostali przyłapani na kradzieży bluzki, kosmetyków i okularów słonecznych o łącznej wartości około 50 funtów.

- Naprawdę musimy o tym rozmawiać? - wzdycha Geszlecht. - Nie chcę! To wciąż we mnie siedzi. To jest moja osobista sprawa. Tak było, tak się stało. Nie będę tego rozdrapywał - irytuje się. - Czy żałuję? Na pewno wiele straciłem. Mecze w reprezentacji Polski, może mistrzostwa świata? Niechętnie do tego wracam - dodaje.

Brytyjskie władze nie przychyliły się do prośby piłkarzy, by przyznać im prawo do azylu politycznego. Zezwolono im tylko na sześciomiesięczny pobyt w Londynie, potem musieli się starać o wyjazd do innego kraju.

- Zdecydowaliśmy się na Niemcy. Na początku zamieszkałem u mojej cioci. Polski Związek Piłki Nożnej nas zdyskwalifikował, więc przez rok nie mogliśmy grać. Szukaliśmy jednak nowego klubu i wybór padł na Schalke 04 Gelsenkirchen. Udało się głównie dzięki Wenkowi Fuhlowi, któremu pomógł z kolei Joachim Wieczorek, były piłkarz Szombierek, grający już wtedy w Schalke - podkreśla Geszlecht.

Zagłębie zwietrzyło szansę, że może zarobi na transferze. - Poszły jakieś pisma, ale kto by nas wtedy traktował poważnie - mówi Smulski. - Wiem, że próbowano to załatwić po linii górniczej, gdyż oba kluby były związane z tą branżą. Sprawie ukręcono jednak łeb - dodaje Geszlecht.

Dla polskich władz Geszlecht był wtedy zdrajcą. Mocno nagłośniono, że zmienił obywatelstwo i pisownię nazwiska z Geszlecht na Geschlecht. - Dużo mi krzywdy zrobiono. Jestem Polakiem, którego losy rzuciły do Niemiec. Moja rodzina pochodzi z Chorzowa, żony również. Wracam do kraju jak do siebie, do domu - zapewnia.

- Nie róbmy z Geszlechta ofiary systemu. Nie on pierwszy i nie ostatni, który popełnił błąd i musiał z tym żyć - zauważa Piechniczek.

- Ile można być tępionym za młodzieńcze grzeszki? - pyta Rzepka. - Żałuję, że uciekł, tylko z jednego powodu. Podczas mistrzostw w Australii robiliśmy sobie wspólne zdjęcia. On ma tę kliszę, gdzie jesteśmy na wspólnej fotce razem z kangurem. Do dziś jej nie odzyskałem - żartuje trener Odry.

Po Schalke przyszedł czas na Bayer Leverkusen, Hannover 96, FC 08 Homburg, SC Rot-Weiß Essen i Wuppertaler SV. Chorzowianin łącznie rozegrał w Bundeslidze ponad 100 spotkań. Najlepsze lata spędził w Leverkusen. - Grałem wtedy kryjącego obrońcę i pilnowałem największych gwiazd ligi. Nie pograli sobie przy mnie najsłynniejsi niemieccy napastnicy: Rudi Voeller, Juergen Klinsmann, Klaus Fischer. Zainteresowały się mną najmocniejsze niemieckie kluby. Już miałem przejść do Werderu Brema, ale przyplątała się kontuzja pachwiny. Straciłem pół roku, straciłem swoją szansę - podsumowuje ze smutkiem.

Teraz doradza innym

Po zakończeniu kariery chorzowianin został trenerem, skończył prestiżową Akademię Trenerską w Kolonii. Prowadził jednak tylko dwa kluby - z Wuppertalu i Essen. - Dawało mi to średnią satysfakcję. Nie pojawiały się nowe oferty. Chociaż zdradzę, że kilka lat temu skontaktowali się ze mną działacze Lecha Poznań - mówi. W końcu Geszlecht zdecydował się rozpocząć własną działalność. W Essen otworzył biuro brokerskie. - Jestem doradcą finansowo-ubezpieczeniowym. Zajmuję się tym już ponad dziesięć lat. Na razie kryzys mnie jeszcze nie dotknął. Nie ma się jednak co oszukiwać, że oszczędzi akurat moją branżę - mówi.

Geszlecht nie utrzymuje stałego kontaktu z Fuhlem, którego synowie - 22-letni David i 14-letni Lukas - też grają w piłkę. - Wenek nie miał tyle szczęścia co ja, grał głównie w drugiej Bundeslidze. Po epizodzie w Austrii wrócił do Niemiec. Mieszka w okolicach Saarbrücken. Wiem, że był trenerem juniorów w lokalnej drużynie. Jak organizuję mecze oldbojów, to go zawsze zapraszam. Przyjeżdża też Andrzej Buncol, który szkoli zespół 17-latków w Leverkusen - opowiada Geszlecht, który w Polsce często kontaktuje się z trenerem Jagiellonii Białystok Michałem Probierzem, a także z Janem Urbanem, szkoleniowcem warszawskiej Legii. Kibice nie doczekają się kolejnego Geszlechta na piłkarskim boisku. Chorzowianin ma jedną córkę. 23-letnia Aleksandra będzie lekarzem.