Teo: odeszła legenda śląskiej piłki

Niepowetowana strata dla śląskiego futbolu. Teodor Wieczorek, legendarny piłkarz i trener, zmarł we wtorek w Chorzowie. Miał 86 lat.


W ostatnich latach mieszkał trochę w Dortmundzie, trochę w Chorzowie. Najmłodsi kibice mogą go nie kojarzyć, bo już dawno usunął się w cień. Ale przez kilkadziesiąt lat uczestniczył w najważniejszych wydarzeniach śląskiej piłki. Prezes PZPN Wit Hanke proponował mu opiekę nad reprezentacją Polski w połowie lat 60. - Nie podjąłem się tej pracy. W centrali panowało przekonanie, że my, ze Śląska, to jesteśmy od roboty, a oni od myślenia - mówił "Gazecie". Odeszła jedna z największych sportowych legend naszego regionu XX wieku.

Sto marek po śmierci ojca

Niezwykłe losy Teo - bo tak go wszyscy nazywali - mogłyby stać się scenariuszem dobrego filmu. O Wieczorku głośno zrobiło się, kiedy był jeszcze nastolatkiem. Młodość przypadła na czas okupacji. Jako że Ślązacy mogli uczestniczyć w piłkarskich rozgrywkach, młodziutki Teo trafił do Germanii

Königshütte, czyli tak naprawdę przedwojennego AKS-u Chorzów. W czasie okupacji Germania stała się śląską drużyną marzeń; trzykrotnie zdobywała mistrzostwo regionu i uczestniczyła w mistrzostwach Niemiec. Wieczorek opowiadał nam o nocnej podróży pociągiem do Wiednia i minimalnej przegranej 0:1 ze słynną Vienną, która potem została wicemistrzem Niemiec za rok 1942 (dopiero w finale przegrała z Schalke).Nazwy Germania używano wtedy Chorzowie tylko oficjalnie.

- Kibice zawsze mówili, że idą na mecz AKS-u. Podczas spotkań z niemieckimi prezesami połowa zawodników mówiła po niemiecku, połowa po polsku i nikomu to nie przeszkadzało. Prezesom tak naprawdę zależało, żeby grali u nich dobrzy piłkarze, a narodowość nie była ważna. Na boisku odzywaliśmy się do siebie tylko po polsku i nie było z tego powodu żadnych nieprzyjemności - opowiadał nam Wieczorek kilka lat temu.

Choć grał w najlepszej wtedy drużynie na Śląsku, nie mógł liczyć na żadne wynagrodzenie. Mógł się cieszyć, że nie idzie na front! Piłkarze trenowali i rozgrywali mecze po godzinach pracy. - Jedyne pieniądze, jakie dostałem wtedy z klubu, to 100 marek po śmierci ojca w 1943 r. Klub zwracał mi też koszty przejazdu tramwajem na mecze i treningi - wspominał Wieczorek, choć warto dodać, że nie zawsze na przejazd... starczało. Przykład? W 1942 roku Wieczorek zagrał w spotkaniu juniorów Śląska z rówieśnikami z Brandenburgii. Rozegrano go - przy 50-tysięcznej widowni - jako tzw. przedmecz poprzedzający reprezentacyjny pojedynek Niemiec z Rumunią w Bytomiu. Śląscy juniorzy (Wieczorek był jedynym zawodnikiem z przedwojennego polskiego Śląska) wygrali 1:0. W tamtym meczu Teo zagrał w jednej drużynie m.in. z Friedrichem Labandem, który 12 lat później zostanie mistrzem świata. I właśnie na ten mecz w Bytomiu Wieczorek szedł pieszo do Bytomia... aż z rodzinnych Michałkowic!

Pracowali w młynie

W 1945 roku Wieczorek w dramatycznych okolicznościach zaprzyjaźnił się z Gerardem Cieślikiem. Pan Gerard nie mógł uwierzyć w śmierć przyjaciela. - Teo nie żyje?! O Jezu! O Mario! O ludzie! Wszyscy wokół mnie umierają... Właśnie idę na pogrzeb mojego przyjaciela... Co to był za człowiek! Przecież on mi życie uratował! - krzyczał wczoraj załamany do słuchawki.

Spotkali się w radzieckim obozie jenieckim w Brandenburgu nad Hawelą. Obaj trafili tam jako żołnierze Wehrmachtu.

- Pamiętam, jak podszedł do mnie młodziutki chłopak. "To pan jest Teo Wieczorek z AKS-u?" To był Gerard - opowiadał nam Wieczorek. Starszy o cztery lata zaopiekował się nastolatkiem. - Pracowaliśmy w młynie, nosiliśmy worki z mąką. Pomagałem wtedy Gerardowi. Rosjanie traktowali mnie dobrze, bo znałem ich język. Nauczyłem się go, bo kiedy grałem w Germanii, pracowałem jednocześnie w kopalni Michalkowitz z rosyjskimi więźniami... - wspominał. Dzięki temu, że mówił po rosyjsku, mógł się wstawić za Cieślikiem, który był już przeznaczony do wywózki do łagru! Rzeczywiście go uratował...

- Nie tak dawno spotkałem go przypadkiem na ulicy Wolności. Gdy był w Polsce często do mnie zaglądał. Tyle mieliśmy jeszcze do obgadania. Idę właśnie na grób mamy, pomodlę się też za Teo. Widać wrócił do Polski, żeby już tutaj zostać... - Gerardowi Cieślikowi łamie się głos...

Kiedy po wojnie wrócili na Śląsk, Cieślik namawiał Wieczorka, żeby przeszedł do Ruchu, ten jednak wolał grać w dawnej Germanii, czyli w AKS-ie. Grał w nim aż do 1959 roku, był tak dobry, że na przełomie lat 40. i 50. wywalczył miejsce w reprezentacji Polski.

Wystarczyło, że spojrzał

Ale choć Wieczorek piłkarzem był dobrym, to jeszcze większą karierę zrobił jako szkoleniowiec. Piłkarzy Ruchu doprowadził do mistrzostwa kraju w 1968 roku. Z kolei z sosnowiczan uczynił jedną z najsilniejszych drużyn w kraju. Na występach w Pucharze Ameryki w 1964 roku jego Zagłębie Sosnowiec potrafiło rozbić 4:0 Werder Brema, w sezonie 1964-1965 mistrza NRF! Tylko z Górnikiem mu się nie udało, kiedy przyszedł na Roosevelta wielka drużyna akurat się kończyła. Z zabrzanami zdołał zdobyć jeszcze wicemistrzostwo Polski w 1974 roku. Miał wtedy pod opieką syna Henryka, który w latach 70. zagrał na obronie 17 razy w reprezentacji Polski. Dziś jest przewodniczącym Rady Miasta w Chorzowie.

Gerard Cieślik: - Teo był trenerem z najwyższej półki. W swoim czasie mógł się z nim równać tylko Ryszard Koncewicz. Słynął z ciężkiej ręki, dyscyplina musiała być! Był otwarty na nowości, gdy usłyszał, że na zachodzie kładzie się większy nacisk na zajęcia z piłkami - zaraz to wprowadził w Ruchu. Bardzo przeżywał nasze mecze. Często płakał. Teraz to my zapłaczemy nad nim...

Eugeniusz Faber, inna gwiazda Ruchu: - Oj, jak takie wieści bolą... Niedawno zmarła jego Ada, ukochana żona... Kiedy my się pierwszy raz spotkali? To mógł być rok 1956. Mieszkaliśmy w jednej chorzowskiej parafii, u Świętego Antoniego.

Teo to bliziutko kościoła mieszkał, ja kilka ulic dalej. Chodziłem na jego mecze, gdy grał jeszcze w AKS-ie Chorzów. Przyjemnie było patrzeć, jak kierował obroną. On nie musiał krzyczeć, wystarczyło, że spojrzał. Miał posłuch w drużynie... Trenerem też był nietuzinkowym. W Ruchu prowadził mnie przez trzy sezony. Bardzo przeżywał mecze. Nie znosił przegrywać. Nieraz po ostatnim gwizdku ocierał łzy. Ogromną wagę przywiązywał do taktyki. Rywala mógł rozpracowywać godzinami. Pamiętam, jak przed meczami spuszczaliśmy już ze znużenia głowy, a Teo wciąż analizował i analizował. "Panie trenerze! Oni już tam zaczęli grać" - czasami ktoś zażartował i rzeczywiście zdarzało się, że wychodziliśmy na rozgrzewkę, a rywal ją kończył - wspomina Faber.

Lepiej poznał jego metody szkoleniowe, gdy skończył grać we Francji i wrócił na Śląsk. Został asystentem Wieczorka w AKS-ie Chorzów. - Teo był wymagający i tolerancyjny jednocześnie. Tytan pracy, mógł spać w klubie! Ze słabeuszy robił prawdziwych piłkarzy. Nikt nie przygotował mnie do sezonu lepiej niż on! To dzięki Teo grałem aż do 36. roku życia.

Ostatni raz spotkałem go pięć, może sześć lat temu. Na początku to go nie poznałem. Chyba sobie zafarbował włosy? Szedł wyprostowany jak żołnierz - tak go zapamiętam - kończy Faber.

Młody, a już autorytet

Wieczorek furorę zrobił także w Sosnowcu, choć początki nie były łatwe. - Przejmowałem klub krótko po Ewaldzie Cebuli - też Ślązaku. Ewald wytrzymał w Zagłębiu bodaj sześć tygodni. Działacze przynieśli mu wymówienie na boisko. Nie należę do bojaźliwych ludzi, ale okrzyki: "Ciebie też wywieziemy! Już mamy dla ciebie taczki!" - do przyjemnych nie należały. Najgorzej było na początku - część kibiców nie nazywała mnie inaczej jak "Niemiec" - opowiadał nam Teo.

Z kibicami lekko nie było, a jak przyjął go zespół? - Piłkarze chcieli wygrywać i nie miało dla nich znaczenia, kto jest trenerem. Czy bramki strzelał Ślązak, czy Zagłębiak. W szatni czasami ktoś krzyknął: "Ty hanysie". W odpowiedzi usłyszał: "Ty gorolu!". I było po sprawie. Od początku wiedziałem, że zespół, kibiców, mogą zjednoczyć tylko zwycięstwa, i tak się stało - relacjonował Wieczorek.

- Pierwszy raz spotkaliśmy się w roku 1962. Stal Sosnowiec została właśnie przemianowana na Zagłębie - wspomina Zbigniew Myga, były piłkarz, a potem trener Zagłębia. - Teodor Wieczorek miał nas poprowadzić do wielkich sukcesów. I poprowadził! To było piękne pięć lat. Czołowe miejsca w lidze, dwa razy Puchar Polski. Bez niego to nie byłoby możliwe. W 1962 roku był jeszcze młodym człowiekiem, a mimo to stał się dla nas wielkim autorytetem. Nigdy nie mieliśmy go dosyć, to był nasz Alex Ferguson. Mogliśmy z nim pracować latami. Potrafił stanąć przed piłkarzem twarzą w twarz i wykrzyczeć mu w oczy, co o nim myśli. Nikt się jednak nie obrażał, bo też w swoich sądach był sprawiedliwy - opowiada Myga.

- Pamiętam jak pojechaliśmy na wyjazdowy mecz do Warszawy i dwóch naszych czołowych piłkarzy [Andrzej Jarosik i Władysław Gzel - przyp.red.] poszło nocą w miasto. Teo ich namierzył i odsunął od drużyny. Wolał zaryzykować porażkę, niż przymknąć oko na ich występek. Takim ruchem zyskał nasz szacunek, a my odwdzięczyliśmy mu się wygraną. Nie zamykał się tylko na piłkę, chociaż o sporcie mógł rozmawiać godzinami, wiedział jakie problemy ma każdy z piłkarzy - jakie lubi filmy, jakiej słucha muzyki. Jego odejście było dla nas wielkim zaskoczeniem. To była dziwna wymiana. Wieczorek poszedł do Ruchu, a z Chorzowa przyszedł do Sosnowca Artur Woźniak. Na Ludowym plotkowano, że trener Wieczorek poczuł się za pewnie, powiedział słowo za dużo i tak za to zapłacił. Piłkarze go żałowali, bo to był superczłowiek - kończy Myga.

Ojciec dobrze się trzymał

- To była niespodziewana śmierć - mówi syn, Zenon Wieczorek, były ligowiec i działacz Zagłębia, wychowawca w Zespole Szkolno-Przedszkolnym dla Dzieci Niesłyszących i Słabo Słyszących w Katowicach. - Ojciec dobrze się trzymał. Rozmawialiśmy, chodziliśmy na spacery... Zasłabł i poczuł się gorzej w poniedziałek. We wtorek rano wezwaliśmy na pomoc pogotowie. Niestety, nie udało się go uratować, miał wewnętrzny wylew...

Pogrzeb odbędzie się w piątek. Uroczystości rozpoczną się o godzinie 9 w parafii pod wezwaniem św. Antoniego w Chorzowie.



Teodor Wieczorek

(9 listopada 1923-26 maja 2009)

piłkarz, reprezentant Polski (10 występów w latach 1949-1953). Pomocnik i obrońca, potem trener. Wychowanek KS Bytków, w czasie wojny jako TuS, od 1942 w królewskohuckiej Germanii, po wojnie w Jedności Michałkowice, a od połowy 1946 do 1959 w AKS-ie Chorzów. Jako trener w klubach I i II ligi, mistrz Polski z Ruchem Chorzów (1968); był w sztabie szkoleniowym na mistrzostwa świata w 1974 r.