Zagazowane mistrzostwo w 1989 roku. Ostatni triumf Ruchu Chorzów

Zaczęło się od wiązanki kwiatów. Prawdopodobnie bukietu goździków, które ściskał w dłoni kibic oglądający mecz z "dziesiony", czyli sektora nr 10. Skończyło się na wielkiej burdzie z "Solidarnością" w tle.
Jest 21 czerwca 1989 roku. Chorzowski Ruch w ostatnim meczu sezonu ogrywa cztery do jednego Górnika Wałbrzych. Kibice podbiegają do stadionowego płotu, chcą fetować 14. tytuł mistrza Polski. - Do końca był jeszcze dobry kwadrans, gdy spiker zaczął powtarzać, by po ostatnim gwizdku nikt nie wbiegał na boisko. To się jednak czuło, że ludzie nie wytrzymają ciśnienia - opowiada Grzegorz Małyska, który wtedy obsługiwał stadionowy zegar.

16-letni wówczas Tomasz Ciesiełkiewicz też siedział na "dziesionie". - Pamiętam tego chłopaka. Po prostu chciał dać kwiaty jednemu z piłkarzy. Przeskoczył przez płot, ale przebiegł tylko kilkanaście metrów i dosięgły go milicyjne pały - wspomina.

Artur (dziś koło czterdziestki, nie chce podać nazwiska) był jednym z przywódców chorzowskich szalikowców. - To nie była grzeczna grupa. Gdy milicja lała naszego, nie trzeba było nas dwa razy zapraszać. Pamiętam, że pierwszy padł na ziemię chłopak z Mikołowa i wtedy zaczęło się na dobre - wspomina.

Tarra1987, użytkownik serwisu YouTube, wrzucił do internetu filmik przedstawiający tamto zajście.



Czarno-biały zapis obejrzało ponad 230 tys. osób. Dla nas komentuje go Andrzej Zydorowicz, dziś radny Katowic, wtedy dziennikarz TVP Katowice. - Nie pamiętam, aby na jakimkolwiek meczu piłkarskim, na wielkiej imprezie, zdarzały się tego rodzaju ekscesy - mówi już po pierwszych scenach, a gdy dochodzimy do momentu, w którym kilku chuliganów atakuje milicjantów długimi na sześć metrów rurami, aż podnosi głos: - Agresywność tych młodych ludzi przechodzi wszelkie wyobrażenia.

Chuligani z rurami wyglądają jak lekkoatleci, którzy przygotowują się do skoku o tyczce. - To były rury do nawadniania murawy, które leżały za linią boczną boiska. Jako jeden z pierwszych chwycił za nie mój brat - wyjaśnia ten epizod Artur.

Kibice, których pytam, jak radość z tytułu mistrza Polski mogła się przerodzić w tak żenujące widowisko, zazwyczaj po dłuższym namyśle rzucają słowo: "czerwiec". Chodzi o to, że w Polsce właśnie sypała się komuna, a w pierwszych wolnych wyborach niecałe trzy tygodnie przed meczem kandydaci PZPR-u do Sejmu zostali wycięci w pień.

Artur, którego ojciec za działalność w "Solidarności" został w stanie wojennym internowany, jest pewny, że niektórzy kibice widzieli w milicjantach przedstawicieli znienawidzonego ustroju i to potęgowało agresję. Radzi jednak, żeby nie generalizować. - Gdy kibic ma przed sobą policjanta, nie myśli o polityce, ale o tym, jak go trafić - zapewnia.

Prześcieradło wykradzione babci

W obiegowej opinii hutniczemu Ruchowi zawsze było bliżej do PZPR-u niż do obozu Lecha Wałęsy. Przed czerwcowymi wyborami klubowy zarząd też miał swojego faworyta - Manfreda Gorywodę. Był honorowym prezesem Ruchu, sekretarzem komitetu wojewódzkiego, a nieco wcześniej wicepremierem.

- Z głośników na trybunie krytej pięknie się niosło: "Naszym kandydatem, najlepszym kandydatem jest wojewoda śląski Manfred Gorywoda" - uśmiecha się Ryszard Sadłoń, wtedy 25-letni listonosz, a dziś miejski radny i kierownik w Chorzowskim Centrum Kultury.

Sadłoń był jednym z nielicznych, którzy uwierzyli, że kampanię wyborczą "Solidarności" można przeprowadzić także na Cichej. - Walczyło się z komunizmem, ale Ruchu też się nie odpuszczało - żartuje.

20 lat temu Sadłoń i Piotr Fojcik, wówczas 27-letni student teologii, wnieśli na stadion solidarnościowy transparent oraz tzw. szczekaczkę i przeprowadzili brawurową kampanię na rzecz Anny Knysok. Transparent zachował się do dziś. Sadłoń wyjął go z szafy przed rocznicą 4 czerwca. - Co remont czy malowanie żona brała go do ręki i pytała, po co ja go trzymam. "Tylko miejsce zajmuje" - powtarzała. Ale ja byłem twardy - uśmiecha się.

Na kawałku białego płótna jest nie tylko charakterystyczny napis "Solidarność", ale i niebieska "R-ka", czyli symbol chorzowskiego klubu.

Wszystko kreślone ręką Anny Morawiec, wtedy licealistki, a dziś dyrektorki chorzowskiego przedszkola nr 29.

- Że to się zachowało! Nie sądziłam, że Rysiek jest taki sentymentalny - dziwi się Morawiec, dziś już po mężu Kimel.

Transparent powstał w 47-metrowym mieszkaniu przy ul. Stefana Batorego w Chorzowie. - Pokoiki były malutkie. Jedynym miejscem, gdzie mogłam rozwinąć kawałek płótna, był przedpokój. Miałam duszę artystki, więc Rysiek z Piotrkiem często wpadali do mnie z różnymi zleceniami. Przychodzili po godz. 22 z puszką farby i głowami pełnymi pomysłów i zarządzali, że na rano plakat czy transparent ma być gotowy - opowiada Kimel, która do dziś dziwi się, skąd starsi koledzy brali materiały do produkcji propagandowych reklam. - To były czasy, gdy zdobycie kawałka białego brystolu graniczyło z cudem - dodaje. Sadłoń: - Transparent z logo Ruchu to nic innego jak prześcieradło z bieliźniarki mojej babci. Oj, przetrzepałaby mi skórę, gdyby się zorientowała, że zniknęło.

Kierowcy powodowali wypadki?

Transparent był gotowy, ale jak zagłuszyć tego okropnego stadionowego spikera i jego Manfreda Gorywodę!? Z pomocą przyszedł ksiądz Franciszek Gębała, zmarły przed czterema laty duchowy opiekun chorzowskiej "Solidarności".

To właśnie za zgodą proboszcza Gębały powstał jedyny w swoim rodzaju sztab wyborczy. Działali w nim także dawni piłkarze Ruchu, wśród nich Ryszard Wyrobek - niezapomniany "Pingol", czyli bramkarz niebieskich. Gdy jego syn Jerzy prowadził Ruch do 14. mistrzostwa Polski, on klecił na plebanii stelaże, na których rozwieszano solidarnościowe hasła.

- To właśnie proboszcz Gębała pożyczył nam szczekaczkę. Gdy spiker ryknął: "Głosuj na Gorywodę!", my zaraz odpowiadaliśmy: "Naszym kandydatem jest Anna Knysok!" - śmieje się Sadłoń.

Fojcik: - Agitację zaczęliśmy już przed stadionem. To były jeszcze czasy, gdy ludzie ciągnęli na Cichą głównie na nogach. Wystarczyło stanąć przy al. Bojowników i mieć na wyciągnięcie ręki tysiące potencjalnych wyborców. Pamiętam, że powtarzałem jak mantrę: "4 czerwca głosujcie na kandydatów » Solidarności «". Rozdawałem kibicom setki ulotek i dziwiłem się, że nikt nas nie zatrzymuje.

Fojcik zauważa po latach, że ludzie do końca nie rozumieli, na czym polega kampania wyborcza. - Niektórzy brali nas za niegroźnych ekscentryków, inni omijali nas bez reakcji. Samych siebie przeszliśmy jednak na stadionie, gdy udało nam się obejść ze szczekaczką cały obiekt i przed każdym sektorem wykrzyczeć, co nas boli - wspomina.

Anna Knysok, wtedy psycholog i pielęgniarka, a dziś zastępczyni dyrektora w Zespole Szpitali Miejskich w Chorzowie, przyznaje, że 20 lat temu nie miała pojęcia, że jej kampania wyborcza trwa także na Cichej. - Wiedziałam, że mam wsparcie kibiców Ruchu, bo zagorzałym fanem był Tomek Ciesiełkiewicz, który kolportował moje ulotki. Takich osób, kibiców, było zdecydowanie więcej. Te wybory były jak przebudzenie. To chyba wtedy pierwszy raz zrozumiałam, że w Chorzowie każdy rodzi się kibicem Ruchu i pozostaje nim, niezależnie od wieku. Ciesiełkiewicz, dziś pracownik firmy przewozowej: - Byłem wtedy uczniem, a dzięki "Solidarności" miałem dodatkowe lekcje, ale już nie z polskiego czy matematyki, tylko obalania komunizmu.

Kampania wyborcza "Solidarności" w Chorzowie była tak głośna i oryginalna, że zaczęto o niej mówić w najważniejszej propagandowej tubie ówczesnych władz, czyli telewizyjnym "Dzienniku". - Prezenter stwierdził, że kampania na ulicach jest tak agresywna, że kierowcy powodują wypadki. Z tymi wypadkami to oczywiście było kłamstwo, ale i tak miałem dziką satysfakcję - mówi Sadłoń.

Knysok oczywiście dostała się do Sejmu. Mieszkańcy okręgu nr 38 oddali na kandydatkę "Solidarności" 114 201 głosów (ponad 62 proc. głosów!). Za nią znaleźli się Barbara Blida (21,31 proc.) i Manfred Gorywoda (18,56 proc.).

Skoszarowani mistrzowie

Na ostatni mecz sezonu, spotkanie z Górnikiem Wałbrzych, kibice Ruchu szli już z poczuciem dobrze wykonanej roboty.

Mistrzostwo Polski było już pewne, kibice oczekiwali fety i wspólnej zabawy z piłkarzami. Skończyło się na regularnej bitwie i zagazowanym stadionie.

"Kto nie panuje nad własnym szczęściem i szczęściem klubu, ten przynosi mu tylko szkody" - pisał 22 czerwca "Sport".

"Świąteczny nastrój, jaki panował na obiekcie, został nieco zmącony przez pseudokibiców, którzy w czasie trwania spotkania rzucali petardy, i musiała nawet interweniować służba medyczna. Jednego z » małolatów «bez wyobraźni odwieziono do szpitala z urazami oczu" - pisała tego samego dnia "Trybuna Robotnicza". Dziennikarze zapewniali w swoich relacjach, że wrócą do gorszących wydarzeń, ale w kolejnych tekstach nikt już nie zawracał sobie tym głowy

Fojcik spoglądał na stadionową jatkę z wysokości trybuny krytej. - Miałem taką refleksję, że oto eksplodowała wolność, że kibicom udzieliła się atmosfera zwycięstwa. Tak naprawdę jednak ludzie chcieli zamanifestować swoją radość, a tego nie było w żadnym scenariuszu - przyznaje.

Mirosław Mosór, wtedy piłkarz, a dziś dyrektor Ruchu, wspomina, że milicja skoszarowała zespół w szatni. - Cieszyliśmy się z mistrzostwa, ale też czuliśmy, że na zewnątrz dzieje się coś złego. Wypuszczono nas bodaj po godzinie. Nikt już nie myślał o fecie z kibicami. Bawiliśmy się we własnym gronie - mówi.

W tym czasie wokół stadionu wciąż trwały walki. Interwencja milicji była bardzo chaotyczna. Na czarno-białym filmie sprzed lat widać, że mundurowi nie mają pomysłu na zaprowadzenie porządku. Tylko kilku ma kaski. Milicjanci nie mają tarcz ochronnych, więc pod naporem fanów rozbiegają się na boki. Ciesiełkiewicz: - Myślę, że naszą wzajemną nienawiść podsycała sytuacja polityczna w kraju, ale ta bijatyka na pewno nie miała drugiego dna. To jednak była chuligańska zadyma.

Sadłoń: - Wielu kibiców stawiało znak równości między milicjantem i znienawidzonym komuchem. To jednak nie do końca było prawdą. Po tamtej stronie też byli chłopcy, którzy chcieli zmian i zwycięstwa "Solidarności". Niestety, byli też nauczeni ślepego posłuszeństwa, które bezmyślnie rozlało się tamtego dnia na Cichej.

Burda przeniosła się ze stadionu na ulice Chorzowa i trwała jeszcze trzy, cztery godziny. Artur: - Żadna ze stron nie miała dla siebie litości. Milicja najbardziej oberwała w tunelu prowadzącym na boisko. Tam było dużo krwi. Kibice byli głównie zagazowani. Milicja zakładała wtedy na lufy karabinów takie specjalne gazowe pociski i miotała nimi na 50-70 metrów. Stężenie gazu na samym stadionie było tak duże, że dało się je wyczuć jeszcze dwa dni po meczu! Ostro było też na ulicach Chorzowa. Poprzewracane radiowozy, barykady - opowiada jeden z przywódców chorzowskich szalikowców.

Sadłoń: - To był gorący czerwiec. Wygrana "Solidarności", mistrzostwo Ruchu. Po latach wszystko się zaciera, ale wystarczy spojrzeć na ten transparent z niebieską "R-ką" i znowu poczuć dumę, że stało się po właściwej stronie.